12 czerwca 2012

Rozdz. 7 - Obowiązek brata


Lord Eddard Stark nie żyje… Wciąż jeszcze wydawało jej się to nieprawdopodobne. Była pewna, że Lannisterowie nie posuną się do tak haniebnego czynu przez wzgląd na to kim był lord Stark. Namiestnik Północy, Pan Winterfell, ale przede wszystkim zaś Królewski Namiestnik i przyjaciel zmarłego Roberta Baratheona… którego rzekomo zdradził. Mogli go pozbawić tytułu i zesłać na dożywotnią służbę w Nocnej Straży, ale zabić?! Podobno przyznał się do wszystkiego, więc tym bardziej nie powinni go ściąć… Cóż za nieszczęście…! Daena wolała nie myśleć o rozpaczy lady Stark oraz jej dzieci. Bękarci syn również przeżywał śmierć swego pana ojca… Biedny Jon. Ostatnio musiał zmierzyć się wieloma smutnymi wydarzeniami. Tak jakby bogom sprawiało przyjemność dręczenie go. Nie dość, że cierpiał z powodu bólu oparzonej dłoni, to teraz jeszcze dotarły doń te tragiczne wieści…
Daena nie wyznawała wiary w Siedmiu, lecz jednego wieczoru udała się do septu na terenie Czarnego Zamku by zapalić świece przed podobiznami Matki oraz Staruchy. Uznała, że one najlepiej ukoją smutek Jona. Skoro bogowie Północy byli tak okrutni, to może Siedmiu okaże większą łaskę?
Jakby tego było mało, kruk przyniósł wieści, że Robb Stark jeszcze przed śmiercią lorda Eddarda zwołał chorągwie i ruszył na wojnę. Wtedy jeszcze może udałoby się uniknąć przelewu krwi, ale teraz z pewnością dojdzie do konfrontacji wiernych Starkom lordów Północy z Lannisterami. Daena dowiedziała się od wuja Jeora, że jej pani matka i siostry również stawiły się na wezwanie Młodego Wilka, jak zwano syna lorda Starka. Obawiała się, że w tej sytuacji matka może nalegać na jej powrót na Niedźwiedzią Wyspę tylko po to, by w domu była przedstawicielka rodu Mormontów. Bała się jednak o to zapytać wuja, a on sam nic nie wspomniał na ten temat. Być może uzgodnił z lady Maege, że bezpieczniej będzie, jeśli Daena zostanie wśród Nocnej Straży. Oczywiście było mało prawdopodobne by wojenna zawierucha dotarła na wyspę. Wszystko rozegra się na południu, gdzie zmierzał Robb Stark wraz ze swoimi chorążymi, jednak po Lannisterach można spodziewać się wszystkiego. Daena nie chciała teraz tego rozważać. Miała nadzieję, że bogowie Północy, niezależnie od tego jak są okrutni, będą mieć w opiece panią matkę i siostry. Cieszyła się jednak, że sama nie musi brać udziału w wojnie. Nawet jeśli dzięki temu miałaby możliwość poznać Młodego Wilka.
Miała zresztą inne zmartwienie zawierające się w dwóch słowach: Jon Snow. Od dnia, w którym zaatakował Othor, jej relacja z chłopakiem uległa zmianie. Przynajmniej w jej odczuciu. Stał się jej jeszcze bardziej bliski, choć z drugiej strony… obawiała się go. Te irracjonalne uczucie niepewności pomieszanej z fascynacją wciąż nie dawało jej spokoju. Miała wrażenie, że spogląda teraz na Jona innymi oczyma, niejako odkrywając go na nowo. Zaczęła zwracać uwagę na szczegóły, które wcześniej nie miały znaczenia. Był jej przyjacielem, niemalże bratem, ale nigdy wcześniej nie wzbudzał w niej zainteresowania jako mężczyzna. Był po prostu Jonem Snow. Jego uroda była jego częścią i Daena nie rozważała jej osobno. Od jakiegoś czasu było jednak inaczej… Gdy przebywała z nim w komnacie, zdarzało się, że po prostu przyglądała mu się bez słowa, śledząc każdą zmianę na jego twarzy, każdy gest. Patrzenie na niego sprawiało jej przyjemność. Jego oczy były szare i pełne mądrości, ogień z kominka rzucał łagodny blask na jego ciemne włosy, a jego usta… Nie. O ustach starała się nie myśleć, nie patrzeć na nie, by nie dać się ponieść wyobraźni i pragnieniom, które obudziły się w niej tamtej nocy, kiedy opatrywała mu rękę. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że Jon jest przystojnym młodzieńcem. Był szczupły, poruszał się z gracją, ramiona miał szerokie. Czasem zastanawiała się jakby to było gdyby nią nimi otoczył… Najbardziej jednak fascynowała ją jego twarz. Lubiła patrzeć jak marszczył brwi w skupieniu gdy się nad czymś zastanawiał albo te chwile gdy uśmiechał się lekko, jeśli udało jej się go trochę rozbawić, choć to ostatnie zdarzało się coraz rzadziej. Jon zamartwiał się sytuacją swojej rodziny, poza tym wciąż cierpiał od oparzenia, więc często przez jego twarz przemykał cień bólu. Zwłaszcza, gdy próbował zacisnąć palce dłoni.
Na szczęście nic nie pamiętał z tamtej nocy po ataku Othora, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Daena wstydziła się na samo wspomnienie tamtych chwil i starała się o nich nie rozmyślać, choć było to trudne. Pragnęła przebywać jak najczęściej z Jonem, ale jednocześnie obawiała się tego, bo w żaden sposób nie chciała by zauważył, jak bardzo jest nim zainteresowana. Już nie tylko jako przyjacielem, ale mężczyzną.
Daena przeżyła w swoim życiu kilka zauroczeń chłopcami, ale było to bardzo niewinne i krótkotrwałe. Bardziej pochłaniały ją przeczytane czy zasłyszane historie miłosne oraz własne, dość mgliste marzenia o idealnym Ukochanym. Dopiero Robb Stark stał się w jej wyobraźni ucieleśnieniem ów wymarzonego Ukochanego, mimo iż przecież go nie znała.
Teraz zaś wszystkie te mrzonki odchodziły w niepamięć, bo oto znalazła się w świecie Strażników na Murze, a z nich wszystkich coraz większe znaczenie miał dla niej Jon Snow. 
Zresztą nie tylko dla niej. W nagrodę za odwagę, Mormont podarował swemu młodemu zarządcy Długi Pazur, miecz należący niegdyś do Joraha. Był to stary miecz z valryriańskiej stali, przekazywany z ojca na syna w rodzie Mormontów. Gałka wyrzeźbiona w kształcie głowy niedźwiedzia, została na polecenie lorda dowódcy zmieniona i przybrała kształt białego wilka. Cóż za zrządzenie losu - „bękarci miecz” dla bękarta i do tego z głowicą przypominającą wilkora… Idealna broń dla Jona Snow. Daena była dumna z wuja i doceniała znaczenie oraz powagę jego gestu. Jon zasłużył na tak godny podarunek.
Nie dane mu było jednak odczuwać zadowolenia i satysfakcji, bo wkrótce potem przyszły wieści z Królewskiej Przystani o śmierci jego pana ojca… Tym razem było gorzej niż wtedy, gdy dowiedział się o rzekomej zdradzie i pojmaniu lorda Starka. Nie chciał z nikim rozmawiać, zmagając się ze swoim cierpieniem w samotności. Daenę czasem irytowały jego humory i zaciętość, ale przecież przeżywał żałobę po swoim ojcu, więc nie można było mu czynić wyrzutów. Potrzebował spokoju i czasu na przemyślenia. Niepokoiła ją tylko determinacja jaka czasem malowała się na jego twarzy. Inni także to zauważyli.
- Myślisz, że będzie chciał opuścić Mur i dołączyć do Robba? - zapytał raz Sam z nutą lęku w głosie. - W rozmowie ze mną wspominał, że chciałby to uczynić…
- Nie wiem… Raczej tego nie zrobi. Ma w sobie zbyt duże poczucie honoru i obowiązku. - odpowiedziała wówczas. Sama jednak nie była pewna na ile silne jest w Jonie pragnienie zemsty. Nie ulegało jednak wątpliwości, że w nim płonęło. Przypomniała sobie historię o lordzie Alagarze i żałowała swoich entuzjastycznych słów odnośnie postawy lorda. Miała nadzieję, że Jon nie zechce wykazać się podobną „odwagą”. Na wszelki wypadek uzgodniła z Samem, że będą go ukradkiem obserwować, nawet w nocy. Samwell przekazał też wszystko pozostałym przyjaciołom, zatem wszyscy byli nastawieni na ewentualną próbę ucieczki Snowa i gotowi temu zapobiec. Daena zastanawiała się czy nie podzielić się swymi obawami z panem wujem, ale uznała, że lepiej tego nie robić by niepotrzebnie nie budzić niepokoju i braku zaufania do Jona.
Rozmyślając nad wydarzeniami ostatnich dni, Daena stała przy oknie, z którego rozciągał się widok na las i końcówkę królewskiego traktu. Znajdowała się na najwyższym piętrze Królewskiej Wieży. Lubiła tu przychodzić i patrzeć na południe, gdy zaś raz wychyliła się z okna by spojrzeć na dół, zobaczyła główny dziedziniec Czarnego Zamku. Wyglądał jak wielka plama ubitej ziemi. Nie był taki odległy, jak się spodziewała, mimo to patrząc nań z góry Daena wyobraziła sobie, że podobnie musiała czuć się przed wiekami lady Sorsha z Harrenhal. To była wyjątkowo smutna historia i nie miała szczęśliwego zakończenia. Ukochany zostawił ją dla zamożniejszej kobiety i lady Sorsha była tak zrozpaczona, że całymi dniami przesiadywała w swojej wieży. Nie opuściła jej już nigdy. Pewnej nocy po prostu rzuciła się z okna. Powiadają, że w Harrenhal wciąż można zobaczyć blade światło w oknie komnaty, którą zamieszkiwała. Niektórzy przysięgali, że nocą słychać płacz, a nawet można ujrzeć jej postać stojącą w oknie. Wieża pozostała niezamieszkana i popadła w ruinę. Lady Whent nie przejmowała się tym jednak. Harrenhal było ponoć tak rozległe, że nie brakowało pomieszczeń zdatnych do zamieszkania. Zamek w połowie stanowił ruinę, a wieża, z której rzuciła się lady Sorsha to nie jedyna wymagająca naprawy.
Królewska Wieża Czarnego Zamku nie była tak wysoka jak te w Harrenhal, ale Daena lubiła najwyżej położoną komnatę z widokiem na Południe. Przychodziła tu czasem by porozmyślać i zażyć samotności. Tak jak miało to miejsce teraz.
- Daeno - usłyszała nagle za plecami cichy głos, który wyrwał ją z zamyślenia. Nawet nie usłyszała kroków Jona na schodach. Odwróciła się w jego stronę i po raz kolejny poczuła się dziwnie patrząc mu w oczy. Ostatnio sprawiało jej trudność nawet wytrzymywanie jego badawczego spojrzenia, bo wydawało jej się, że lada chwilę rumieńce wystąpią jej na twarz.
- Mormont przegląda jakieś księgi Aemona, więc będzie jadł kolację u siebie. Jak zgłodniejesz, to idź do sali wspólnej.
- Dobrze, Jon. A ty? Pójdziesz ze mną?
- Nie jestem głodny.
- To może… posiedzimy przy kominku…?
- Nie dziś. Odbierałem dostawy i jestem zmęczony. Zrobię co mam zrobić, wypuszczę Ducha i położę się wcześniej.
Daena skinęła głową, lekko rozczarowana.
- Dobrze. - odparła tylko. Nie było sensu go usilnie namawiać. Sądząc po jego minie nie był w nastroju by znosić jej marudzenie. Odwróciła się znów w stronę okna. Na niebie zalśniły pierwsze gwiazdy. Usłyszała jego kroki, jednak nie skierowały się one ku schodom tylko w jej stronę. Jon stanął obok i wyjrzał przez okno. W milczeniu wpatrywał się w ciemną linię lasu za Czarnym Zamkiem. Daena ukradkiem obserwowała jego profil. Niemal widziała jak jego myśli biegną królewskim traktem w kierunku Winterfell, a może nawet Riverrun. Chyba dziś w nocy będę musiała objąć swoją „wartę” - pomyślała ze smutkiem.
- Niezły widok. Nie dziwię się, że lubisz tu przychodzić. - odezwał się. - No i przynajmniej nie wieje tu tak, jak na szczycie Muru.
- Masz rację. Poza tym moglibyśmy przynieść trochę świec, coś do picia, rozłożyć na podłodze stos futer i… - przerwała nagle zawstydzona. W porę powstrzymała rękę przed zatkaniem sobie ust, co tylko dodatkowo poświadczyłoby dwuznaczność tego, co powiedziała.
-… i co? - zapytał Jon, wpatrując się w nią z cieniem uśmiechu na ustach. Daena czuła, że rumieniec wypełza na jej policzki, ale możliwe, że w półmroku chłopak niczego nie zauważy. Za wszelką cenę starała się nie spuścić wzroku z jego twarzy.
- Po prostu mile spędzić czas. - dopowiedziała. Nie! To też nie zabrzmiało za dobrze! O bogowie! Zrobiło jej się nagle gorąco z emocji.
- To znaczy posiedzieć, porozmawiać - dodała desperacko, siląc się na obojętny ton, choć serce trzepotało w jej piersiach, w dodatku nieco zbyt głośno!
- Hm - mruknął Jon. Nie bardzo wiedziała co to miało oznaczać. Na szczęście do głowy przyszło jej coś jeszcze.
- Z tej wysokości też można zrzucić dzban z winem. - zażartowała nieudolnie i uśmiechnęła się by ukryć wcześniejsze zmieszanie.
- Z pewnością nie pozostałoby to niezauważone. - podjął Jon i znów wyjrzał przez okno, spoglądając na dół. - Dziedziniec. Idealne miejsce by narobić hałasu.
Daena odetchnęła w duchu z ulgą, że udało jej się skierować jego myśli w inną stronę. Uśmiechnęła się niewinnie i założyła ręce do tyłu.
- A gdyby to był środek dnia, to może udałoby się nawet kogoś trafić… Na przykład ser… - celowo zawiesiła głos.
Jon spojrzał na nią z udawanym oburzeniem.
- Nawet o tym nie myśl. Ser Alliser nie zasłużył na takie traktowanie.
Dziewczyna uniosła znacząco brew.
- To raczej dzban nie zasłużył na to by rozbić się na głowie ser Allisera…
Jon uśmiechnął się, a widok ten sprawił jej niekłamaną przyjemność. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczącym porozumieniu, rozbawieni perspektywą „skrzywdzenia” ser Allisera. Daena miała nadzieję, że Jon zmierzwi jej włosy, za co by się nie obraziła. On jednak znów spoważniał i przyglądał się jej w skupieniu. Uśmiech powoli zszedł z jej twarzy. Czekała na to, co miał jej do powiedzenia, lecz on nagle się rozmyślił.
- Nie siedź tu za długo. Dobrej nocy. - rzekł tylko i odwrócił się ku wyjściu.
- Do zobaczenia jutro, Jon.
Nie uszło jej uwadze, że zatrzymał się na pół uderzenia serca, po czym ruszył dalej. Zbiegł po schodach a ją otoczyła cisza. Spojrzała znów w okno z widokiem na Południe. Dziś muszę wziąć „wartę”… Myślała o tym z lekkim przestrachem. Miała nadzieję, że tym razem jej obawy również okażą się nieuzasadnione. Nie cieszyła ją perspektywa siedzenia dwóch godzin w ciemności na schodach. Na dole panowały przeciągi. Najważniejsze jednak by Jon nie zrobił nic głupiego. Daena trzykrotnie zaklęła w myślach. Najpierw pod adresem Lannisterów, którzy zabili lorda Starka, potem Robba, który ruszył z całą potęgą Północy pomścić ojca, a następnie wuja Jeora za to, że nie ulokował swego zarządcy przynajmniej na pierwszym piętrze. 
Po tym jak spłonęła część Wieży Dowódcy, Mormont przeniósł się do Królewskiej Wieży, najwyższej w Czarnym Zamku. Daena też w niej zamieszkała. Jej komnata była mała lecz wygodna, znajdowała się tuż przy pokojach wuja na pierwszym piętrze. Jon spał na parterze, tuż za główną komnatą zwaną Lord’s Hall. Wystarczyło, że przeszedłby przez nią i korytarz, by wyjść z wieży. Nie ułatwiało to pilnowania go przed ewentualną nocną ucieczką. Gdyby miał samotnię przynajmniej na drugim piętrze, to wówczas musiałby zejść na dół skrzypiącymi schodami i Daena z pewnością by go usłyszała. Na szczęście jej pokój znajdował się przy schodach, więc umówiła się z Samem, że o wyznaczonej porze będzie czuwała siedząc cicho na najwyższym stopniu za zakrętem schodów, skąd miała dobry widok na kawałek korytarza. Jon nie miał szans przejść nim niezauważony. Poza tym istniała jeszcze możliwość przyczajenia się w komnacie jadalnej w jednym z jej kątów. Dwie godziny po północy, „wartę” przejmował Samwell lub któryś z chłopaków na zewnątrz, mając na obserwacji wejście do wieży oraz bramę wyjazdową.
Już od trzech nocy odbywali takie „warty”, ale nic się nie wydarzyło. Daena czuła się dziwnie podczas tych nocnych czuwań. Wydawało jej się, że powinni bardziej ufać Jonowi, ale z drugiej strony chodziło przecież o jego dobro. Za dezercję z Muru karano śmiercią, a przyjaciele nie chcieli, żeby Jona spotkał taki los.

***

Przysypiała już, gdy nagle dobiegł ją odgłos ostrożnie uchylanych drzwi. Otworzyła szeroko oczy i wcisnęła się głębiej w ciemny kąt przy kominku. Znajdowała się tam niewielka wnęka, w której można było usiąść. Gdyby w palenisku płonął ogień, to ściana wnęki byłaby przyjemnie ciepła.
Daena ciaśniej otuliła się kocem aż po czubek nosa, jak gdyby okrycie miało uczynić ją niewidzialną. Przyglądała się jak Jon Snow cicho przechodzi przez komnatę. Położył na stole jakiś tobołek i zarzucił czarny płaszcz na ramiona, zawiązując go mocno pod szyją. Sprawdził jeszcze umieszczenie krótkiego miecza przy pasie u swego boku. Daena zauważyła, że nie wziął Długiego Pazura.
Po chwilowym szoku, ogarnęła ją nagła złość. A jednak zamierzał to zrobić! Opuścić Mur! Słowa wyrwały się z niej same:
- Zapomniałeś zabrać swój bękarci miecz, lordzie Snow!
Młodzieniec zastygł w bezruchu, o mało nie wypuszczając z rąk swego tobołka, który właśnie podniósł ze stołu. Spojrzał w stronę skąd dobiegł jej głos.
- Co ty tu robisz?! Wychodź stamtąd - syknął.
Daena odrzuciła koc i wyszła z mrocznego kąta przy palenisku. Stanęła przed nim z hardo uniesioną głową, ze wszystkich sił starając się zachować resztki opanowania.
- Przestraszyłaś mnie!
- Och, naprawdę?! Zapewniam cię, że jest więcej rzeczy, których powinieneś się bać!
- Ucisz się Daeno i wracaj do łóżka! Nie mam czasu się z tobą handryczyć.
Poprawił płaszcz i ruszył zdecydowanie do wyjścia.
- Wyjdź tylko za próg a zacznę krzyczeć! - zagroziła. Zatrzymał się. Westchnął ciężko i niecierpliwie przeczesał włosy palcami. Odwrócił się w jej stronę.
- Nie odpuścisz, co?
- Nie. - Skrzyżowała ręce na piersiach co dodatkowo podkreśliło jej zdecydowanie. Wyczuła, że ledwie panował nad swoim gniewem. Zastanawiała się na co bardziej jest wściekły - na nią, że go pilnowała, czy na siebie, że pozwolił się przyłapać na ucieczce.
- Siadaj - rozkazał stanowczo, wskazując jej krzesło przy stole. - Porozmawiamy.
- Mów sobie co chcesz, ale nie pozwolę na to byś opuścił Czarny Zamek! - rzuciła wściekle podnosząc głos.
- Ciszej! Obudzisz Mormonta!
Jon wyjrzał zaniepokojony na korytarz, po czym przymknął drzwi jadalni. Spojrzał na nią chmurnie.
- Siadaj, powiedziałem!
Jeszcze nie widziała go tak zdenerwowanego, więc zrobiła co kazał. Miał prawo się wściec, bo udaremniła mu wszystkie plany.
- Posłuchaj. Nie wiem co ci przyszło do głowy by mnie pilnować, ale to wyjątkowo głupie. Jeśli będę chciał wyjechać to wyjadę. Nic mnie nie powstrzyma.
- Powstrzyma. Jeśli nie twój honor, to lord dowódca. Jak za karę posiedzisz trochę zamknięty w celi, to odechce ci się ucieczki.
- Och, i kto to mówi?! Dziewczyna, która sama uciekła z domu! - nachylił się nad nią. - Wiesz jaka jest różnica między nami?! Ja przynajmniej mam odwagę zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem, a ty przed nim uciekłaś!
Nie mogła się powstrzymać by się nie uśmiechnąć. Ciekawie sobie zinterpretował i powiązał dwie odmienne okoliczności. Zaraz jednak spoważniała.
- Zatem uważasz, że wymierzenie sprawiedliwości Lannisterom jest twoim przeznaczeniem, tak? A co z twoją przysięgą? Należysz do Nocnej Straży, oto twoje przeznaczenie! To twoja rola. Teatr wojny zostaw innym.
- Twoją rolą było zaś wyjście za mąż za lorda, jak na szlachetnie urodzoną pannę przystało, a tymczasem jesteś tutaj. W miejscu, w którym nie powinno być żadnej kobiety! Nie zastanawiałaś się nad tym, że uciekając z domu, postępujesz egoistycznie?
Daena zamilkła na chwilę. Z jednej strony miał słuszność… Ale czy można przedkładać oczekiwania rodziny nad własne szczęście?! To raczej pani matka była egoistką, bo w imię rodowych korzyści nie zważała na przyszłe szczęście córki. Zresztą to była zupełnie inna sytuacja od tej, w której znajdował się Jon, więc nie powinien wyciągać takich argumentów.
- Jakoś ci wcześniej nie przeszkadzało, że tu jestem, a nawet wstawiłeś się za mną u Mormonta - przypomniała oschle. - Zresztą może moim przeznaczeniem jest właśnie przebywanie tu i teraz oraz uniemożliwienie ci tej idiotycznej ucieczki? Skąd możesz to wiedzieć?!
- Daeno…
- Nie możesz jechać!
- Muszę. - odparł spokojniej, lecz stanowczo.
- Ależ Jon! Mówisz mi o moich powinnościach, więc ci przypomnę, że jesteś zarządcą mojego wuja. Też masz obowiązki!
- Moim obowiązkiem jest pomóc bratu pomścić naszego ojca.
- Zostaw zemstę Robbowi. Jesteś Zaprzysiężonym Bratem Nocnej Straży. Dezercja z Muru karana jest śmiercią! Znajdą cię i zawrócą. A może nawet na miejscu wymierzą ci karę.
- Myślisz, że o tym nie wiem? Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
- A mimo to chcesz ryzykować życiem?
Jon spojrzał na nią twardo.
- Nie będę tu siedział, przynosił twemu wujowi strawę, czyścił jego ubranie i nosił drewno na opał. I wysłuchiwał docinek ser Allisera!
- Po pierwsze, to ja czyszczę ubrania. Po drugie, co cię obchodzi zdanie tego głupca Thorne’a?! Robi się chory, gdy nie może komuś przygadać! Gdyby nie to, że jestem siostrzenicą Mormonta, już dawno by mnie stąd odesłał! Najlepiej w kajdanach i żelaznej klatce, żebym przypadkiem nie uciekła. Słyszałam jak mówił, że rozpraszam chłopaków, gdy ćwiczę z nimi strzelanie z łuku. Wyobrażasz sobie?!
- Być może rozpraszasz. - Jon uśmiechnął się niespodziewanie.
- Nie bądź głupi! - machnęła ręką zniecierpliwiona. Ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby jej do głowy to celowe zwracanie na siebie uwagi mężczyzn. I to w dodatku braci z Nocnej Straży! Niektórzy czasem patrzyli na nią z błyskiem pożądliwości w oczach, zwłaszcza w sali wspólnej przy posiłku, gdy nie była szczelnie okryta futrem tylko nosiła lżejsze odzienie, jednak jak dotąd nie zdarzyły się żadne nieprzyjemne incydenty. Poza tym jednym przypadkiem z Rastem, ale po lekcji dobrych manier jakiej mu udzieliła, również inni stracili ochotę na zaloty. Mieli zresztą te swoje Mole’s Town. Jakkolwiek Daenie wydawało się to niestosowne i odrażające, to jednak wolała by wymykali się nocami w poszukiwaniu diamentów jeśli tym samym miało to jej zapewnić bezpieczeństwo. Z młodszymi braćmi, kolegami Jona, była zaprzyjaźniona, więc oni również stanowili jej ochronę.
Jon podniósł się z krzesła.
- Dobrze. Dosyć tych rozmów. Wracaj do siebie.
- Pójdę, jeśli obiecasz, że nie opuścisz Czarnego Zamku.
Chłopak zbył jej słowa milczeniem.
- A zatem powiadomię o wszystkim wuja - zagroziła.
- Naprawdę zrobisz tak swemu przyjacielowi? Myślałem, że po tym wszystkim co razem przeszliśmy, znaczę dla ciebie więcej… Ale skoro chcesz na mnie naskarżyć narażając na kłopoty…
Odwrócił twarz w stronę okna, jednak wiedziała, że obserwuje ją kątem oka. Zaklęła w duchu. Wygrał. Kwestia przyjacielskiej lojalności to argument, który ciężko podważyć. Niemniej jednak starała się to zrobić.
- Dlatego właśnie w imię naszej przyjaźni - rzekła - nie pozwolę ci popełnić głupstwa. Nie chcę żebyś zginął.
- Nieważne czy zginę czy nie. Zaraz stąd wyjdę a ty zrobisz co uznasz za słuszne. Jednak zdrada będzie zdradą. Tak to zapamiętam.
Daena westchnęła zrezygnowana. Samwell ostrzegał, że Jon jest bardzo uparty gdy coś sobie postanowi. Pozostało zatem tylko jedno…
- W takim razie pojadę z tobą. - oznajmiła zdecydowanym tonem i wstała z krzesła. Jon spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Najpierw mówisz mi o obowiązku a teraz chcesz ze mną jechać?
- Skoro już koniecznie musisz, to przyda ci się moja pomoc. Już raz uciekłam, więc kolejny raz nie zrobi nikomu większej różnicy. Jeśli lordowie zechcą cię ukarać za dezercję, to musisz mieć kogoś, kto się za tobą ujmie. Ty się za mną wstawiłeś u wuja. Ja też bym mogła…
- Och, z pewnością cię wysłuchają - stwierdził cierpko - Nawet nie zdążysz wyrzec słowa a już będziesz w drodze na Niedźwiedzią Wyspę. Twoja matka tego dopilnuje.
Pewnie miał rację. Jednak możliwe, że ją wysłuchają. Porozmawia z Robbem. On z pewnością zrozumie… Przecież nie skrzywdziłby swojego brata? Bękart czy nie, ale w końcu rodzina to rodzina. Nikt nie sprzeciwi się woli Robba jeśli daruje bratu ucieczkę z Muru w imię wyższych celów. Wspólnie wymyślą jakiś sposób, żeby tym razem prawo Północy nie miało zastosowania. W każdym razie wiedziała jedno: nie pozwoli im zabić Jona za dezercję!
Ale co zrobić, jeśli nie zechcą z nią rozmawiać? Osłonić Jona własnym ciałem nim kat opuści miecz, tak jak czyniły dziewice w romantycznych pieśniach? Jak Sylvanna z Dorne, która właśnie w ten sposób nie dopuściła do egzekucji swego ukochanego? Mężczyzna nawet rycerzem, tylko synem kowala. Daena pamiętała, jak zaczytywała się z wypiekami na twarzy w tej historii. Przemowa Sylvanny była długa i niezmiernie wzruszająca. Daena chlipała głośno w trakcie czytania, a Dacey patrzyła na nią jak na dziewkę o niespełna rozumu.
Jona Snow jakimś dziwnym trafem odgadnął kierunek, w którym podążyły jej myśli, bo rzekł na wpół żartobliwie, na wpół kpiąco:
- A teraz wybacz, odważna damo mego serca. Muszę się przemknąć do stajni. Lepiej nie idź za mną.
Och, dlaczego jest taki uparty! „Damo mego serca”, też mi coś! Skoro nie pomogły prośby, to nie pozostaje nic innego jak pozwolić mu odejść. Zdecydowała się jednak zamanifestować swoje niezadowolenie. Przybrała surową minę, dumnie uniosła podbródek i ostentacyjnie zeszła mu z drogi.
- Więc jedź! Jedź! - niemal krzyknęła.
- Ciszej! - syknął i skoczył do niej by zasłonić jej usta. Uchyliła się szybko. - Myślałem, że jednak jesteśmy przyjaciółmi…
- Jesteśmy!
- A zatem pozwól mi wyjść. Przez ciebie tracę tylko cenny czas.
Daena odwróciła głowę poirytowana. Zamknęła na chwilę oczy próbując opanować wzburzenie. Na nic się to jednak nie zdało.
- Wiesz co, Jon?! Mam nadzieję, że Robb utnie ci ten twój pusty łeb!
Odwróciła się na pięcie. Zbierało jej się na płacz ze złości i rozczarowania, ale nie chciała by to zauważył.
- Ja też ci życzę zdrowia, Daeno. - rzekł smutno Jon Snow.
Nie tak wyobrażał sobie ich pożegnanie. W ogóle sobie tego nie wyobrażał. Nie chciał jej w to wciągać. Gdyby wyjechał bez słowa z pewnością miałaby mu to za złe, ale może z czasem by zrozumiała. Na jego nieszczęście przyłapała go na ucieczce. Nie miał pojęcia, jak załagodzić jej gniew, ale wiedział, że mimo wygłaszanych gróźb, Daena nie powiadomi o wszystkim Mormonta. A przynajmniej nie od razu. Przez resztę nocy będzie się pewnie biła z myślami, a nad ranem nie wytrzyma i powie chłopakom, a może nawet i wujowi. Wtedy jednak on będzie już daleko. Przykro było rozstawać się w taki sposób, ale nie było wyjścia.
Jon patrzył przez chwilę na jej plecy i długie włosy, które lśniły w blasku księżyca zaglądającego przez okno do komnaty. Czekała. Powstrzymał się jednak przed dotknięciem jej ramienia.
- Do zobaczenia. - szepnął. „Żegnaj” nie przeszło mu przez usta. Podszedł do drzwi i uchylił je ostrożnie. Wyszedł na korytarz. Zanim zamknął je za sobą, spojrzał jeszcze na sylwetkę Daeny skąpaną w blasku księżyca. Nie odwróciła się.
Trzask zamka i odgłos szybko oddalających się kroków. Daena nie mogła uwierzyć, że po prostu wyszedł. Teraz cała nadzieja w czarnych braciach. Samwell obserwował bramę. Grenn, Pyp i kilku innych było gotowych by wyruszyć w pościg za Jonem, w razie gdyby ona i Sam nie przemówili mu do rozsądku. Czuła się zawiedziona, że nie udało jej się go przekonać. Była tak pewna siebie, iż sądziła, że Jon tego nie zrobi. Ale dlaczego niby miał jej posłuchać? Zamierzał złamać przysięgę Nocnej Straży, zdezerterować, a ona wyobrażała sobie, że po rozmowie z nią zmieni zdanie?
- Do kroćset! - uderzyła zaciśniętą pięścią w stół aż zabolały ją knykcie. Miała ochotę udać się od razu do wuja i opowiedzieć mu o wszystkim. Jednak nie mogła tego zrobić dopóki istniała szansa, że przyjaciele zawrócą uciekiniera z tej szaleńczej eskapady.
Wróciła do swojej komnaty. Przez całą noc nie zmrużyła oka. A co jeśli już nigdy go nie zobaczę…?! Na samą myśl zalała ją fala żalu. Krążyła po komnacie nerwowo splatając i rozplatając dłonie. Nie potrafiła wyobrazić sobie, że go nie będzie na Murze… i w jej życiu… Coś się zmieniło. Począwszy od tej nieszczęsnej nocy, w której zaatakował Othor. Wciąż jeszcze jeżyły jej się w włosy na karku na samo wspomnienie błękitnych oczu i strachu, jaki ją ogarnął na ten widok. Pamiętała też te chwile, gdy opatrywała oparzoną rękę Jona i burzę najróżniejszych uczuć, która przetoczyła się przez jej serce i umysł. Wszystko stało się takie… skomplikowane. Już dawno nie marzyła o Robbie Starku. Właściwie była na niego zła za to, że zwołał chorągwie i powołał do broni całą Północ. Rozumiała jego pragnienie zemsty za śmierć ojca, jednak gdyby Jon nie czuł takiej więzi z własnym bratem, nie zdecydowałby się na opuszczenie Muru by go wspomóc. A ona kazała mu jeszcze opowiadać o Winterfell i Robbie pobudzając pewnie tylko tęsknotę za domem. Ależ jestem głupia! I cóż jej z tego przyszło?! Marzenia o Robbie były tylko dziewczęcym rojeniem, a jedyny chłopak, który miał dla niej jakiekolwiek znaczenie był już pewnie w drodze do Riverrun.
Mimo to Daena wsłuchiwała się w odgłosy wieży i nocy, mając cichą nadzieję, że usłyszy kroki powracającego Jona. Zmęczona ciągłym chodzeniem w kółko, położyła się na łóżku, wpatrywała się w sufit i rozmyślała. Tuż przed świtem zmorzył ją sen.

***

Daena zerwała się nagle, jak gdyby śnił jej się jakiś koszmar. Tak nie było, choć jeśli wziąć pod uwagę nocne zdarzenie, to można je było określić mianem „koszmaru”. Czuła się trochę oszołomiona i zagubiona. Włosy miała rozczochrane, bolała ją dłoń po tym jak wczoraj w złości walnęła nią w stół. Pod oczami miała cienie po nieprzespanej nocy. Ubrała się szybko, mocując się z guzikami. Drżały jej dłonie.
Jeśli go nie będzie
Nie wiedziała czy da radę zmierzyć się z gniewem wuja. Z pewnością będzie wściekły na Jona. I zawiedziony. Tak samo mocno zawiedziony, jak ona…
Daena weszła do Lord’s Hall, gdzie lord dowódca jadał posiłki. Nikogo nie było oprócz kruka. Wyjrzała przez okno z widokiem na dziedziniec. Rozpoczęły się ćwiczenia. Co ciekawe nie słychać było wrzasku Allisera Thorne’a, więc ogarnął ją przestrach. Niech bogowie mają Jona w opiece, jeśli to Alliser Thorne wyruszył za nim w pościg! Bez wątpienia poleje się krew…!
- Snow, Snow, Snow! - wrzasnął kruk Mormonta.
Dziewczyna odwróciła się wściekle w jego stronę.
- Zawrzyj dziób, ty przeklęty…! - Zanim zdążyła dokończyć, ktoś kopnął w drzwi, które otworzyły się z hukiem. Kruk zaskrzeczał machając skrzydłami. Przez próg przeszedł Jon Snow z naręczem nowych polan do kominka.
- Widzę, że wciąż darzycie się sympatią - stwierdził spokojnym tonem. Ruchem głowy wskazał drzwi. - Mogłabyś zamknąć? Zrobił się przeciąg. Poza tym kruk może wyfrunąć.
Daena wciąż z niedowierzaniem patrzyła jak Jon szedł w stronę kominka by ułożyć przy nim drewno. Potem nagle dotarło do niej, że o coś ją poprosił. Zatrzasnęła drzwi i odwróciła się w jego stronę. Klęcząc układał przyniesione polana w piramidkę.
Ucieczka, pierwsza poważniejsza kłótnia, złość na Robba Starka i  przerażające myśli, że już nigdy więcej nie zobaczy Jona Snow. Czyżby to był tylko sen? Daena zerknęła na swoją prawą dłoń. Knykcie wciąż ją jeszcze bolały a skóra na nich była lekko zdarta. A zatem to nie był sen. Zanim jednak zadała jakiekolwiek pytanie, w komnacie pojawił się Mormont. Dźwigał jakąś opasłą księgę.
- Proszę, proszę, któż to nas zaszczycił swoją obecnością?! Dobrze spałaś, Daeno?
- Wyjątkowo smacznie. - odparła półgębkiem.
- Patrząc na ciebie można by odnieść inne wrażenie. Tej nocy wiele osób miało kłopoty z zaśnięciem. - Stary Niedźwiedź zerknął znacząco na Jona. - Jak skończysz, przynieś mi dzban piwa do mojej samotni. Tylko wciśnij dużo soku z cytryny, tak jak lubię. A ty, młoda damo, nakarm z łaski swojej mojego kruka. Zapomniałem się nim należycie zająć z samego rana, bo miałem ważną rozmowę.
Skinęła tylko głową. Mormont mruknął coś do siebie i wyszedł.
- Snow, Snow! Ziarno! - zażądał kruk.
- Chodź tu, ty czarny potworku! Dziś ja mam tę nieprzyjemność cię karmić - burknęła do ptaka. Jon uśmiechnął się pod nosem i obejrzał się ukradkiem za siebie. Daena zamaszyście sypała ziarno kukurydzy na spodek. Kruk obserwował ją czarnym okiem, ale przyleciał dopiero wtedy, gdy odsunęła się na większą odległość.
- Pewnie wyczuł, że go dziś nie lubisz.
- Och, przecież ja go zawsze nie lubię. Jak tam twoja nocna przejażdżka, Lordzie Snow?
- Już ktoś mi rano zadał to pytanie.
Odwróciła się w jego stronę i przybrała minę mówiącą: a nie mówiłam?
- A cóż to cię skłoniło do powrotu? Z pewnością nie ja.
- Nie, nie ty. Po części.
Po części.
- Więc…?
Jon opowiedział, jak Sam zatrzymał go w bramie.
- O mało nie stratowałem go koniem. Kto by pomyślał, że może być taki uparty? Pewnie nauczył się tego od pewnej niedźwiedzicy. Czy raczej… niedźwiedziątka.
Daena gwałtownie wciągnęła powietrze, z oburzenia.
- Chcesz zacząć się kłócić już teraz, czy mogę opowiadać dalej? - uprzedził jej wybuch. Odetchnęła powoli i przełknęła słowa. Niedźwiedziątko…!
- Mów.
Opowiadał więc dalej, o tym jak zatrzymali go bracia, przekonywali do powrotu i cytowali mu tekst przysięgi Nocnej Straży. Nawet Duch zdawał się być po ich stronie. A zwieńczeniem wszystkiego była poranna rozmowa z lordem dowódcą. Jon pokrótce zrelacjonował jej przebieg. Pominął tylko jeden szczegół uznawszy, że Mormont osobiście poinformuje o nim swoją siostrzenicę.
- Czy jesteś zadowolona, moja pani? Ostatecznie osiągnęłaś swój cel. - dodał na koniec. - Chociaż nie, może niezupełnie. Pewnie liczyłaś na to, że pojedziesz ze mną i poznasz Robba.
Daena uśmiechnęła się do niego zaskakująco uroczo. Zupełnie jakby jej wzburzenie sprzed paru chwil nie miało miejsca.
- Nie. To już nieważne, Jon. Już nieważne…
Zmrużył oczy podejrzliwie, pochylając się w jej stronę.
- To znaczy?
Wzruszyła ramionami i na powrót przybrała chłodniejszy wyraz twarzy.
- Nic. Po prostu dobrze, że jesteś. Wrócił ci rozum i Robb już nie musi skrócić cię o głowę.
Szturchnął ją lekko w ramię. Odwzajemniła mu się tym samym.
- Tylko nigdy więcej nie nazywaj mnie niedźwiedziątkiem!
- Dobrze… Mała Niedźwiedzico.


***

4 komentarze:

  1. Takiego Jona Snow lubię! A może z czasem i zacznę uwielbiać, kto wie? Ma chłopak poczucie humoru i potrafi sobie radzić z upartymi dziewczętami, pewnie dzięki temu, że Arya była jego siostrą.
    Za to postawa Daeny jak dla mnie w porządku. Chociaż jako romantyczka i zwolenniczka ckliwych historii mogła wyjechać z jakimś wyznaniem miłosnym czy czymś w tym guście, ale to już byłoby zbyt słodkie, a tak to przynajmniej ciągle ich uczucie nie jest wprost określone. W końcu pierwsze zakochanie.
    Uparte dziewuszysko z niej, tak w ogóle. Czasami zachowuje się strasznie dziecinnie, ale to tylko dodaje jej charakterku ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, żadnych wyznań :)) Snow by tego nie przetrzymał psychicznie :P Zwłaszcza Snow w wersji dziadka pewnie by obwiniał się na tysiąc sposobów, jak w ogóle mogło dojść do takiej sytuacji. "Mój" Snow też nie byłby zachwycony i zwiększyłby dystans, ale wykazałby się chociaż humorem.
      Tego mi trochę brakuje u Martina, że z jednej strony czasem opisuje jakieś wspomnienia z dzieciństwa Jona z których wynika, że był z niego łobuziak (choćby ta akcja z "duchem" w krypcie), a na Murze jest takim trochę ponurakiem. Wciąż tylko rozmyśla jaka to mu się krzywda dzieje, bo jest bękartem itd. To leży w jego charakterze, ale zależało mi, żeby go trochę "ocieplić". Przecież nie od parady Arya tak go kocha i często wspomina w niemal każdym tomie, więc musiał być fajnym chłopakiem.
      A Daena to Daena. Zmiana nastrojów i zdania 150 razy na minutę, jak to w tym wieku czasem bywa :) Ale jest też bądź co bądź lordowską córką i wpoili jej pewne zasady, więc wyznania miłosne raczej nie byłyby na miejscu. I rzeczywiście, to już by było zbyt słodkie.

      Usuń
    2. Taka straszna maruda z niego. Niby ma powody, żeby narzekać, bo jego życie w koncu nie jest zbyt kolorowe i trochę przeszedł, ale brakuje mi tego wesołego Jona. Z pewnością to fajny chłopak.
      Taka typowa nastolatka z niej ; )

      Usuń
  2. No i po Nedzie. Spodziewałam się hmm... troszkę innej reakcji Jona. Wydał się całkiem spokojny, do tego był jeszcze w stanie droczyć się z Daeną. Myślałam, że zamknie się w pokoju (i w ogóle w sobie) na dłuższy czas, że będzie jak sparaliżowany. Widocznie Jon jest z tych, co przeżywają wewnętrznie, robiąc dobrą minę do złej gry. Bardzo mu współczuję i cieszę się, że ma wokół siebie oddanych przyjaciół (których wytrwałość podziwiam).
    Sam znowu pozytywnie zaskakuje. Daena znów cudownie upierdliwa (ale tacy w sumie już bywają oddani przyjaciele, którym zależy). Uśmiechnęłam się przy tym zatrzymywaniu Jona (swoją drogą byłam pewna, że on naprawdę uciekł), a już w szczególności przy Duchu dołączającym do protestujących :D
    Oj, wujku Niedźwiedziu, widzę, że mamy podobne gusta. Piwo cytrynowe to jedyne piwo, które jestem w stanie przełknąć, w dodatku je jeszcze kocham. Gdybym się miała tam znaleźć, to tylko przy stole wuja Jeora ;)
    No, Daena w końcu przejrzała na oczy niczym Eowyn. Podziwiam to, że skrywa swe uczucia; ja bym od razu powiedziała mężczyźnie co, jak i dlaczego.
    Co do kruka, to mam jedynie ochotę mówić jak Kora w Must Be The Music: "No kocham, kocham, kocham!" :)
    Lecę do następnego rozdziału, bom ciekawa co dalej :)

    OdpowiedzUsuń